Ciemna Strona Diabelerii

Temat: zydska lipa o pogromach

Burzuj popropagandzil:


A widzi Pan, panie Aleksandrze? Sam Pan dostarczyl ostatecznego
dowodu na to, ze judeokatolicyzm jest powaznym zagrozeniem.
Tozto kazdy katolik niby to swietujacy Wielkanoc, w rzeczywistosci
uprawia zydowskie obrzedy w celu ostatecznego opanowania swiata.


A szczupak z Mazur smakuje?  A moze karp lepszy?
A co na temat grzybow...

WWK


Źródło: topranking.pl/1554/zydska,lipa,o,pogromach.php


Temat: Wielki Post i Zielgónoc
Na Warmii i Mazurach aż do 1945 roku nie znano zwyczaju święcenia potraw, ale
przygotowywano ich bardzo duzo, aby starczyło na trzy dni świąt (tyle trwała
Wielkanoc). W Wielką Sobotę po południu chłopcy chodzili z kołatkami "po
kołaczach". W sieni zdejmowano czapki, kołatali i śpiewali: " Któryś za nas
cierpiał rany..." Gospodyni częstowała ich "kuchem", jajkami lub "trojakami".
Pierwszego dnia świąt chodzono o świcie do płynącej na wschód wody, aby się w
niej obmyć. Miało to leczyć wszelkie choroby i zapewnić zdrowie na cały rok.
Warunkiem skuteczności tego obrzędu było zachowanie milczenia i nieoglądanie
się za siebie.
Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,38446,39354188,39354188,Wielki_Post_i_Zielgonoc.html


Temat: Wielki Post i Zielgónoc
olsztyn-pamiatki.pl/index.php?m=page&s=y094q0pf4x9vz33tsoe72p2u5if04lcf&id=7591

Wielkanocne tradycje na Warmii nie były zasadniczo różne od tradycji
Mazurskich. Różniły się tylko uroczystościami kościelnymi, co zrozumiałe, gdyż
Warmia była katolicka, zaś Mazury ewangelickie. Sama Wielkanoc zwana była
Wielganoc. Już na tydzień przed nią święcono w kościele palmy (najczęściej z
gałązek wierzbowych lub rzadziej brzozowych), które służyły do pogańskiego
zwyczaju chodzenia po smaganiu zwanego inaczej chodzeniem po wykupku. Warto
dodać, że nie był tu znany zwyczaj święcenia potraw, ani dyngusa.

Chodzenie po smaganiu rozpoczynało się pierwszego dnia świąt wieczorem i trwało
przez cały dzień drugi. Anna Szyfer, w swej książce zatytułowanej „Zwyczaje,
obrzędy i wierzenia Mazurów i Warmiaków”, przytacza opis tej tradycji: W
pierwsze święto chłopcy po allelujach, po smaganiu też móźili, chodzo. Zawdi to
nieli tak koło dwudziestu lat, teraz to młodsi […]. Smagali rózgami brzozowymi,
śpiewali i wypraszali. Dostawali za to jajka. Po smaganiu chodziło się całymi
grupami zbierając wykup, lub wykupek. Aby nie zostać wysmaganym trzeba było
obdarować napastników jajami, ciastem, kiełbasą lub pieniędzmi. Zbierając ów
wykup śpiewano specjalne pieśni takie jak np. ta ze wsi Upałty Duże:

Po wykupku chodze, Suczke z sobo wodze. A wy Pani wstajcie, Mojo suczke
oglądajcie. Proszę po jajuszku I kiełbasy do tego, To pójde do drugiego.

lub taka jak ze wsi Kokocie:

Cy państwo pozwolicie ten domek rozweselić? Zacek skocył na krzacek, Z krzacka
na wodę i potłukł sobie brodę. A ja mały zacek, a jak to robaczek, Niewiele
wiem, niewiele powiem, Az na drugą wiosnę, az wianksy urosnę. A wy, pani,
ostańcie i klucykami zabrząkajcie I mnie dobry wykup dajcie, I jajeczko do
tego – pójdę do drugiego. Trzymam się patki, dajcie kawał fladki.

Obok smagania rózgami z wierzby i brzozy praktykowano także użycie rózg z
kadyka, czyli jałowca, co wskazywałoby, na pruskie pochodzenie tego obyczaju.
cdn

Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,38446,39354188,39354188,Wielki_Post_i_Zielgonoc.html


Temat: Szemel zamiast opłatka, czyli święta po warmińsku
Szemel zamiast opłatka, czyli święta po warmińsku
Na Warmii nie dzielono się opłatkiem. Za to w Wigilię pojawiał się biały koń z jeźdźcem, swoją konstrukcją przypominający krakowskiego lajkonika, który odpytywał dzieci z pacierza. Te i inne obyczaje opisał olsztyński historyk Jan Chłosta


Jan Chłosta na spotkaniu autorskim

Rytm życia Warmiaków wyznaczały pory roku i pogoda za oknem. W tej utrzymującej się głównie z rolnictwa społeczności wielką rolę odgrywał kościół katolicki. Bo przecież Warmiacy mieszkali w księstwie biskupim, a wiara była tym, co przede wszystkim odróżniało ich od sąsiadów, protestanckich Mazurów. Religijne obrzędy przenikały się z pozostałościami po zwyczajach pogańskich Prusów. M.in. dzięki temu tradycje Warmińskie są takie ciekawe.

Po II wojnie światowej wiele regionalnych zwyczajów odeszło w niepamięć. Mało zostało już dawnych mieszkańców Warmii, przyjechali nowi ludzie ze swoimi tradycjami. Jan Chłosta w publikacji "Doroczne zwyczaje i obrzędy na Warmii", która właśnie okazała się nakładem wydawnictwa ElSet, przypomina jak kiedyś tu świętowano. - Ta książka rodziła się długo - opowiadał autor podczas spotkania z czytelnikami w Starym Ratuszu. - Zbierałem do niej materiały, przy okazji opracowywania innych tematów.

Książka podzielona została na rozdziały odpowiadające świętom kościelnym. Jako pierwszy przedstawiony został Adwent, okres rozpoczynający rok liturgiczny, a zarazem czas oczekiwania na Boże Narodzenie. Jednym z zapomnianych w miastach zwyczajów było oznajmianie głośnym trąbieniem na 10 dni przed Wigilią, że Boże Narodzenie już blisko. Często grajkiem był miejscowy pasterz, któremu wszyscy, nawet dzieci, musieli dać, choć grosik. Warto było być hojnym, bo wróżyło to bogate podarki na Gwiazdkę.

Wigilia rozpoczynała okres godów, była też dniem poprzedzającym tzw. dwunastki, czyli dwanaście dni do święta Trzech Króli. To, jak pisze Chłosta, czas wypełniony wieloma praktykami magicznymi, splecionym z tradycjami chrześcijańskimi. Od ok. 1820 roku izbę w święta przyozdabiała choinka - wcześniej gospodarz w kącie stawiał snopek zboża. Kolacja wigilijna na Warmii nie była wystawna, lecz taka jak w zwykły dzień. Za to jak i w innych regionach dzieci dostawały podarki, które pojawiały się nagle pod choinką. Nie była też pasterki, na mszę szło się wcześnie rano w pierwsze Święto. - Nie dzielono się też opłatkiem. To znak, że te zwyczaje narodziły się prawdopodobnie później niż rozpoczęło osadnictwo warmińskie. Za to w Wigilię pojawiał się Szemel z kolędnikami - opowiada Jan Chlosta. - Tańcząc odwiedzał gospodarstwa i bawił Warmiaków.

Szemel to biały koń z jeźdźcem - swoją konstrukcją przypominał krakowskiego lajkonika - który odpytywał dzieci z pacierza. Kolędował razem ze sługami-przebierańcami m.in. żołnierzem, niedźwiedziem na sznurku, który pociesznie tańczył na tylnych nogach, bocianem, dziobiących panny po łydkach. Orszak chodził od chaty do chaty, zbierając datki.

W Boże Narodzenie obiad był wystawny - podawano gęś smażoną bądź z czerniną. Pierwszy dzień "dwunastek" rozpoczynał czas dziwów - na warmińskich polach można było np. spotkać jeźdźca bez głowy. Pogoda kolejnych dni wyznaczała aurę poszczególnych miesięcy w roku. Gdy np. w Nowy Rok świeciło słońca zwiastowało to, że i w czasie żniw będzie też pogodnie.

Z "dwunastakami" wiązało się wiele przesądów. Nie można było prać bielizny, a jeśli już zaszła taka konieczność, lepiej było nie wieszać jej na zewnątrz, bo ktoś z rodziny mógł umrzeć. Niewskazane były śluby, bo rodzina założona w tym czasie, miała się dwanaście razy przeprowadzać zanim osiądzie gdzieś na stałe. Nie zabijano zwierząt, gdyż to wróżyło nieszczęście, szycie przepowiadało reumatyzm i choroby oczu, zaś kręcenie czymkolwiek mogło sprowadzić plagę myszy.

Chłosta opisuje też kolejne święta kładąc nacisk na ich lokalną specyfikę. - Np. Warmiacy wodą oblewali się nie w Wielkanocny Poniedziałek, a wcześniej, w Wielką Środę - opowiada.

Książkę ilustracjami opatrzył Jarosław Korzeniewski. - Na początku potraktowałem to jak każde zlecenie, ale gdy solidnie się w nią wczytałam, zrozumiałem, że to nie będzie łatwe zadanie - mówi Korzeniewski. - Do każdego z 50 obrazków musiałem się przygotować. Oprócz informacji od pana Chłosty szukałem też dodatkowych źródeł. Na ilustracjach widać jak ważna w życiu Warmiaków była obecność świętych.

"Doroczne zwyczaje i obrzędy na Warmii" są już dostępne w księgarni. Warto je kupić jeszcze przed świętami, by Bożonarodzeniowe tradycje wzbogacić warmińskimi elementami.

Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,38446,104653752,104653752,Szemel_zamiast_oplatka_czyli_swieta_po_warminsku.html


Temat: Nie mylcie Warmii z Mazurami
Ja, Mazur, od pokoleń jestem tu u siebie

eszcze po wojnie sam fakt, że jesteśmy ewangelikami, powodował, że byliśmy traktowani jak Niemcy - mówi Wiktor Leyk, Mazur z dziada pradziada.

bi.gazeta.pl/im/4/5415/z5415524X.jpg
Fot. Tomasz Waszczuk / AG

Co łączy Mazurów i Warmiaków, a co ich różni? Od poniedziałku przypominamy, jak nie pomylić obu regionów.

Wczoraj na ten temat rozmawialiśmy z rodowitym Warmiakiem, dziś te pytania stawiamy Mazurowi. Wiktor Leyk opowiada, jak smakowała niedźwiedzia pułapka i dlaczego nie istnieje ludowy strój mazurski.

Rozmowa z Wiktorem Leykiem

Magda Brzezińska: Jest pan Mazurem z dziada pradziada?

Wiktor Leyk: - Korzenie mojej rodziny na tych ziemiach sięgają XV w. Ja urodziłem się w Szczytnie, mój dziadek i stryj też, a ojciec kilka kilometrów dalej w Lemanach. Kiedyś mój ojciec miał w Wielbarku cegielnię i tartak, ale po plebiscycie w 1920 r. wszystko przejęły władze niemieckie. Nigdy nie dostaliśmy za to odszkodowania.

Co to znaczy być Mazurem? Jaką rolę w pana życiu odgrywała świadomość pochodzenia?

- To zależy w jakim czasie. W poprzednim ustroju czułem, że jestem inny i dzięki temu funkcjonowałem trochę we własnym świecie. Jak któryś z urzędników mi dokuczył, myślałem - ja jestem u siebie, a wy nie. Ten rodzaj tożsamości miał wielkie znaczenie. Dzięki tradycyjnej mazurskiej autonomiczności w działaniu i myśleniu, Mazurzy mieli dobrą opinię wśród większości społeczeństwa. Doceniano naszą rzetelność, solidność i fachowość.

Teraz trudno dostrzec różnicę między Mazurami a ich sąsiadami Warmiakami, ale pewnie kiedyś były bardziej widoczne?

- Podstawową różnicą było wyznanie. Warmiacy są przeważnie katolikami, a Mazurzy luteranami, a za tym idzie odmienny system wartości. Nawet po wojnie sam fakt, że jesteśmy ewangelikami, powodował, że byliśmy traktowani jak Niemcy. Ludzie napływowi uznawali Warmiaków za swoich, bo chodzili z nimi do tego samego kościoła.

Czy były między wami sąsiedzkie kłótnie? Kiedyś z ust Warmiaka usłyszałam przysłowie: "Gdzie kończy się kultura, tam spotkasz Mazura".

- To nie było powiedzenie warmińskie, ale Niemców z czasów Bismarcka. Takie slogany formułowano, by tworzyć niekorzystny stereotyp. Przez ten slogan Niemcy chcieli pokazać, że są lepsi od innych. Między Mazurami a Warmiakami nie było niesnasek.

Powiedzenie jest tym bardziej fałszywe, że jest wielu Mazurów bardzo zasłużonych dla kultury.

- Przede wszystkim trzeba wspomnieć Wojciecha Kętrzyńskiego, który jako świadomy człowiek dotarł do swojej polskości. 170. rocznicę jego urodzin obchodzimy za kilka dni. Oczywiście nie można pominąć Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza i Gustawa Gizewiusza, a ze współczesnych - artystę i społecznika Hieronima Skurpskiego czy pisarza Erwina Kruka. Jest wielu niezwykle interesujących ludzi, wymienione nazwiska to tylko przykłady.

Jak wyglądały tradycje i zwyczaje mazurskie?

- Religia była bardzo ważna i to ona dyktowała rytm życia. Najważniejszymi świętami były oczywiście Boże Narodzenie i Wielkanoc, a szczególnie Wielki Piątek. Tyle że w porównaniu ze zwyczajami warmińskimi czy z innych regionów obrzędy mazurskie były bardzo skromne. Wszystko dlatego, że w Prusach rozwinął się ruch pietystyczny czyli gromadkarski [nurt religijny w luteranizmie z XVII i XVIII w. kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Pisma Świętego oraz działalność charytatywną - red.], co skutkowało bardzo oszczędnym wyrażaniem uczuć. Przez to zanikł nawet strój mazurski - w XIX w. Mazurzy ubierali się na czarno, wyglądali tak jak teraz amisze. W niektórych grupach zakazano nawet muzykowania, ani nie urządzano zabaw. Z drugiej strony nie byli ideałami. Pili dużo alkoholu, szczególnie popularny był 60-procentowy likier, tzw. pokrzepka, a po niemiecku Bärenfang, czyli pułapka niedźwiedzia, którym się raczono przy różnych okazjach. Ten trunek do dziś można spotkać w niektórych domach, choć w słabszej wersji.

Pan jeszcze pamięta te czasy, gdy panowały tak surowe obyczaje?

Znam je tylko z opowieści. W rodzinie krąży nawet anegdotka o moim dziadku, który był kaznodzieją pietystycznym, tzw. kazicielem, znanym od Działdowa po Tylżę. Spotkał się on kiedyś ze stryjecznym bratem, też kaznodzieją. - Wiesz, kupiłem mojemu synkowi szliciory [łyżwy - red.] - mówi jeden. - Co ty, przecież Jezus na szliciorach nie jeździł - odpowiedział drugi, zgorszony.

miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,5416057,Ja__Mazur__od_pokolen_jestem_tu_u_siebie.html?nltxx=1078250&nltdt=2008-07-02-02-06

Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn


Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,38446,81625207,81625207,Nie_mylcie_Warmii_z_Mazurami.html









Formularz

POst

Post*

**Add some explanations if needed